Był ciepły i słoneczny dzień. Wiał lekki wiaterek więc postanowiłam
zdrzemnąć się chwilkę w cieniu drzewa. Ułożyłam się wygodnie, ale coś
było nie tak. Ktoś mnie obserwował. Otworzyłam oczy i spostrzegłam w
oddali jakiegoś konia. Nie znałam dobrze wszystkich koni wi9ęc nie
wiedziałam kto to taki. Podeszłam trochę bliżej i spytałam.
- Kim jesteś? - spytałam
- Koniem, jak ty - te słowa były wypowiedziane z taką samą obojętnością jaką dobrze znam. Aż za dobrze.
- Ach, ty pewnie jesteś Nirvana? - zrozumiałam - Live mi o tobie mówiła.
Podobno nie jesteś typem imprezowicza. - klacz milczała. Mierzyłyśmy
się wzrokiem. W powietrzu czuło się napięcie. Ona: samolubna, zamknięta w
sobie. Ja: nieufna, skryta. Podeszłam kilka kroków bliżej. Nie
spuszczałam jednak oczu z Nirvany. Wiedziałam czego można się po niej
spodziewać. W walce jest bezwzględna i nie zna litości. Na szczęście ja
nie byłam amatorką. Jednak można było wyczuć wokół niej złowieszczą
aurę. Nagle Nirvana odezwała się.
<Nirvana>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz